Przypadkowo, buszując po stronach dla rodziców, trafiłam na informację o tej książce. Sam tytuł, nazwisko autorki. Poszperałam dalej, znalazłam księgarnię internetową. Okazało się, że koleżanka ma tę książkę i zaofiarowała się, że mi ją pożyczy. Tak więc od tygodnia przy każdym karmieniu Syrenki sięgam po tę pomarańczową książkę i zanurzam się w lekturze.
Jestem osobą, która poza kilkoma ciążowymi, przeczytała w życiu JEDEN poradnik. Podśmiewałam się z Bridget Jones, półki z poradnikami omijałam łukiem. A teraz wpadłam.
„Buddyzm…” po tych kilku dniach czytania stał się dla mnie nie poradnikiem, a przewodnikiem.

Wydaje mi się, że znalazłam w nim odpowiedź na nurtujące mnie pytania typu: co zrobić, żeby nie zwariować? Jak przeżyć wieczór, kiedy mam masę pracy, a muszę sama zająć się dwóją chorych dzieci? Jak odpoczywać, kiedy jedyne chwile prawdziwego relaksu znajduję pod prysznicem (pod warunkiem, że sprzedałam komuś małolatkę)? No i jak się cieszyć tym wszystkim, zamiast non stop stresować?
 
Jestem oczarowana. Książka może okazać się przydatna dla każdej mamy, nie tylko buddystki. Autorka, Sarah Napthali, nie kryje, że czerpie z różnych tradycji buddyjskich. Proponowane przez nią rozwiązania nie kłócą się z zasadami żadnego systemu religijnego, tak więc każda kobieta może jest zastosować.
Warto, naprawdę!
Do kupienia tu w księgarni.
Tylko mi nie wykupcie, bo nie mam jeszcze swojego egzemplarza ;)