W Gazecie Wyborczej opublikowano mój list o porodach.
Dużo się teraz mówi i dyskutuje, o cesarskim cięciu, o porodach naturalnych, o standardzie NFZ. Pojawiają się głosy (słuszne!), że nie ma co płakać po cesarce, że marzyło się o naturalnym porodzie, skoro efektem jest zdrowe dziecko.

To, że poród naturalny jest dobry dla dziecka i mamy – wiemy. Wiemy? O porodzie można poczytać wiele wartościowych tekstów na zalinkowanej stronie fundacji Rodzić po Ludzku. Przejście przez kanał rodny, koktail hormonalny, to wszystko daje dziecku dobry, zdrowy start. Mama po porodzie naturalnym ma szanse bardzo szybko wrócić do formy fizycznej, przy odpowiednim wsparciu karmić już od razu. Warto też pamiętać o tym, że poród naturalny jest też dobry dla ojca, który może uczestniczyć w tym wydarzeniu, nie tylko jako bierny obserwator (jak w przypadku cięcia), ale i aktywna pomoc dla kobiety. Może ją wspierać słowem, masażem, podaniem wody czy jedzenia. W ten sposób rodzi się też ojciec, który może być właśnie tym, kto otrze dziecko, kto poda je matce.
Ale zdarza się, że coś idzie nie tak, albo istnieją poważne przeciwskazania dla porodu naturalnego i kobieta musi poddać się cesarskiemu cięciu. Nie jest to opcja bezbolesna, rekonwalescencja bywa o wiele dłuższa i operacja – jak to operacja – niesie ze sobą większe ryzyko. Jednak jest to sposób na uratowanie życia dziecka w sytuacji gwałtownego spadku tętna, złego wstawiania w kanał rodny czy innych powikłań. W ten sposób można oszczędzić matce traumy, a dziecku kalectwa.
I wydaje mi się, że w ten właśnie sposób cesarskie cięcie powinno być traktowane – jako awaryjny, ratujący życie i zdrowie sposób zakończenia porodu. Nie jako wyjście łatwiejsze, nie jako sposób na szybki poród w dogodnym terminie, ale też nie jako porażkę, w sytuacji, gdy kobieta chciała mieć poród naturalny.
Czułam się źle, kiedy okazało się, że nie mogę rodzić w domu. Przepłakałam kilka wieczorów. Chciałam urodzić najlepiej, najłagodniej, żeby dzieciątku było tak jak trzeba. Urodziłam w szpitalu i okazało się, że też może być wspaniale i pięknie. Co, gdybym miała cesarkę? Gdyby pojawiła się taka konieczność – jak siebie znam, czułabym żal. Ale ten żal jest niepotrzebny, bo nie tak należy rozpatrywać tę kwestię.
Chciałabym, żeby edukacja w Polsce pozwoliła na to, by kobiety nie bały się rodzić. Chciałabym, żeby kobiety nie straszyły się nawzajem horrorami z porodówek, matki nie mówiły, że to był najgorszy ból w ich życiu. Chciałabym, żeby poród kojarzył się z pięknem, a nie bólem. Ból jest, to prawda, ale piękny.
Chciałabym też, żeby lekarze decydowali o cesarskim cięciu wtedy, kiedy pojawiłaby się taka konieczność. Jednocześnie tak prowadząc poród, by nie dopuścić do ewentualnych komplikacji, na przykład pozwalając kobiecie na swobodne poruszanie się. Wtedy nie byłoby takich sytuacji jak ostatnio gdzieś w Polsce, kiedy kobieta błagała o cesarkę, dziecko było źle wstawione, a lekarze postanowili maleństwo wypchnąć siłą. W efekcie kobieta miała liczne obrażenia, a dziecko ma kłopoty neurologiczne. Tacy lekarze i takie historie tylko potęgują strach przed porodami.
Gdyby jednak wszyscy lekarze wykazywali się rozsądkiem, a kobiety przekazywałyby sobie pozytywny obraz porodu – cesarka traktowana byłaby tak, jak należy, czyli wspaniałe osiągnięcie medycyny w dziedzinie ratowania życia. I nie byłoby takich listów, nie byłoby też cesarek na życzenie. Kobiety rodziłyby w dobrym otoczeniu, przy wsparciu najbliższych…
Byłoby pięknie, prawda?