Stało się to, co się stać musiało. Zamruczałam Ojcu Dzieciom do ucha „i już nigdy więcej nie będę w ciąży?…”. Spojrzał na mnie wzrokiem „a nie mówiłem?”. Twierdził co prawda, że zacznę śpiewkę za dwa lata, ale zaczęłam wczoraj. Ok, argumenty racjonalne przemawiają za tym, by na dwójce zakończyć proces produkcyjny, ale wczoraj jakoś tak mi się zrobiło…no nie wiem. Błogo.
Ok, umówmy się, strzał endorfinowy po satysfakcjonującym seksie zrobił swoje. Cała byłam błogością i rozmarzeniem i pomyślałam sobie, że ciąża to taki fajny czas w życiu związku. To takie miłe, kiedy zasypiamy, Junior daje znać o sobie kopniaczkami, jest nam cicho i spokojnie, a ta więź jaka jest między nami staje się jeszcze silniejsza. My stworzyliśmy ten cud, we dwoje, w miłości. My powitamy go na świecie.

Nie mogę doczekać się porodu. Myślę o nim, przygotowuję się, oddycham. Czekam na to doświadczenie z utęsknieniem. Czekam na tego maluszka.