Da się zapomnieć o ciąży. Na przykład kiedy Syna boli ząb i po dwóch nieprzespanych nocach pędzimy do dentysty. Syn spuchł niemożliwie, a lekarz podjął za nas męską decyzję „rwiemy!”. Zapłakane, zapuchnięte i krwawiące dziecko absorbuje na tyle, że cały dzień nie myślałam o Przybyszu. Dopiero wieczorem, kiedy Syn zasnął (nareszcie!) a ja usiadłam spokojnie, przypomniałam sobie, że muszę łyknąć tabletki i odpocząć trochę. Brzuch kłuje, czas zająć się drugim dzieckiem. Chociaż prawda jest taka, że nasz jeszcze niedawno zarodek debiutujący w tym tygodniu jako płód, ciągle stanowi pojęcie abstrakcyjne. Ciąża, owszem. Jestem zmęczona, puchnę tu i ówdzie, miałam mdłości, łykam kwas foliowy i dbam o siebie. Jestem w stanie wyjątkowym. Ale ciągle jakoś hasło ‚ciąża’ nie przełącza mnie na świadomość, że jej efektem będzie nowy człowiek.
W pierwszej ciąży odkryłam to przy pierwszym USG, kiedy usłyszałam bicie serca. Wyszłam z gabinetu i wybuchnęłam takim płaczem, że nie byłam w stanie wracać po wyniki. Siedziałam na korytarzu przychodni i szlochałam. Potem poszłam na gorącą czekoladę i zalewała mnie fala wzruszeń. A teraz? Całe badania obserwowałam monitor, słyszałam bicie serca i jedyne na co mnie było stać to stwierdzenie, że skoro serce bije to najważniejsze już wiemy. Zero emocji, zero wzruszeń. Łzy? Jakie łzy, trzeba było wracać szybko do domu, do Syna.
No więc czekam na ten moment, kiedy poczuję, że mam w sobie swoje własne dziecko i zrobi to na mnie wrażenie. Bo chwilowo robi na mnie wrażenie tylko to, że Syn śpi spokojnie.